środa, 16 stycznia 2013

MINT FUR BEANIE

 Przez całe życie nie dałam założyć sobie czapki na głowę. Nigdy też będąc starszą jej nie nosiłam, bo zwyczajnie nie mogłam znaleźć takiej, w której bym się zakochała od razu i nosiła bez przypominania. Ale kiedy ostatnio przeczytałam, że zimno bardzo szkodzi na cebulki włosów (tak, dopiero teraz) i odkryłam, że w okryciu na głowę jest faktycznie cieplej, oszalałam (jak na mnie) i zaczęłam nosić czapki. A gdy zobaczyłam na stronie Roboty Ręczne, że można wygrać jedną z najpiękniejszych jakie kiedykolwiek widziałam, od razu opublikowałam post i cierpliwie czekałam na wyniki. Kilka dni później spokojnie przeglądając facebooka wyłapałam swoje nazwisko. Przeczytałam raz, drugi, trzeci nie mogąc uwierzyć. Udało się! Pierwszy raz w życiu coś wygrałam! I to rzecz z RR, a czaiłam się na coś z tej firmy bardzo długo. 
Gdy czapka przyszła, w szale i radości wyciągnęłam mamę na spacer i oto efekty: 




















beanie: Roboty Ręczne/ jacket: navy blue-Cottonfield, black-ZARA/ sweater: Marks & Spencer/ shoes: allegro/ trousers: ZARA

Love from, Jallessa

piątek, 11 stycznia 2013

STARDUST























shoes: mój ulubiony pan z allegro/ coat: Camaieu/ jacket: River Island/ skirt: H&M/ blouse: ZARA/ hat: H&M/ watch: Morgan/ bracelet&rings: Apart

Korzystając z okazji chciałabym pozdrowić mojego wytrwałego brata (zdjęcia jego autorstwa) oraz moje dwie przyjaciółki (narzekają że o nich nie piszę :)). Dzięki za czapkę. Uwielbiam Was.

                                                                                                               Love from, Jallessa

piątek, 4 stycznia 2013

STATYSTOWANIE FAJNA RZECZ...

...dla cierpliwych.
Dzisiaj notka, którą chciałam napisać już dawno, ale stwierdziłam, że utworzę ją, gdy zobaczę efekty tego, co robiłam. I proszę bardzo. Opowiem Wam dzisiaj jak wspaniałą przygodą jest statystowanie.
  Miesiąc temu miałam okazję uczestniczyć w nagraniu reklamy Play dla WOŚP. Wystarczyło wysłać imię, nazwisko, wiek i zdjęcie do agencji, która organizowała casting i już. Bardzo się ucieszyłam, gdy zadzwoniła do mnie pani i spytała się czy jestem wolna w czwartek [był wtorek i byłam przeziębiona]. Jest to luźny dzień na uczelni, więc czemu nie. Zostałam poproszona o przyjazd na ulicę Marywilską (tak, to tam po prawej stronie Wisły, jechałam od siebie z domu 2,5 godziny) wraz z ubraniami na każdą porę roku. Gdy dotarłam na miejsce, w pokoju czekało pełno osób. Od 12 do 50 lat. I wszyscy z wielkimi walizami. W końcu przyszła pani, która wydawała się być bardzo niemiła (później uprasowała mi sukienkę i pomogła się przyszykować-nie oceniać po pozorach) i szybko przebierając nasze ubrania głośno je komentowała. Przeżyłam to, później wspólne zdjęcie i do domu. Następnego dnia miałam być gotowa na 9 na miejscu. Więc w 10-stopniowy mróz pojechałam sobie z walizeczką na Marywilską. Na miejscu totalny chaos. Gdzieś na środku studia stała wielka karuzela, a na około niej z 200 kolorowo ubranych osób biegało w przeróżne strony. Kazano mi się ubrać wiosennie, udać się do wielkiej hali-studio i czekać na rozkazy. Na początku czułam się trochę jak bydło, ponieważ kazano nam grupą stawać w wielu różnych miejscach, średnio wiedząc gdzie dokładnie powinniśmy się ustawić: "Na środku? Nie, nie, pod ścianę. Czy aby na pewno dobrze wyglądają pod ścianą? Nie, jednak nie, lepiej będą wyglądali na początku. Więc proszę na początek..." I tak od 9 do 11:30. Dopiero o 11:30 przyszedł Jurek Owsiak. Przez 2 godziny krzyczeliśmy "SIEMA" (podobno pisze się oddzielnie-sie ma-serio?). W sumie nie było tak źle, gdyby nie to, że w studiu było gorąco, a ja miałam za ciasne buty i katar. Często kazano nam stać nie wiadomo dlaczego, gdy po pół godzinie stwierdzałam, że w sumie to mogę sobie usiąść, nagle kazali wstawać. Interesująco zaczęło się robić ok 19, po wielkiej obiadowej przerwie, gdy musieliśmy się przebrać w stroje na różne pory roku. I coś takiego to ja lubię. Jak wiadomo, że coś się dzieje, że robimy coś konkretnego, a nie stoimy i w sumie to nie wiadomo co się dzieje. Skończyliśmy po 13 godzinach. Było męcząco, ale wracałam do domu zadowolona (może dlatego, że reżyser wyglądał jak Ryan Gosling? :)).
Wiem jedno: jeszcze raz ktoś mi powie, że praca statysty jest łatwa, bo dostajesz pieniądze za nic, przysięgam siłą będę kazać mu stać i skakać przez 13 godzin i zapłacę mu kilkadziesiąt złotych.
 Na planie można poznać naprawdę ciekawych ludzi. W sumie to głównie przysłuchując się ich rozmowom gdy stoją na papierosie, gdzie wspólnie narzekają, wymieniają doświadczenia i śmieją z tego, że to jest ich ostatni raz. Albo, że wcześniej też mówili, że to ich ostatni raz, a są na planie kolejny.
Ja wprawdzie w ciągu dnia też marudziłam, ale bardziej na swoją głupotę i na to, że jak raz ściągnęłam buty, to założyłam je po pół godzinie. Ale wracając późno do domu i pilnując w tramwaju swojej walizki byłam mega zmęczona, ale i zadowolona. Uwielbiam takie rzeczy. Nowi ludzie, nowe doświadczenia. Uważam, że stanie w miejscu tyle czasu za niezbyt wygórowaną kwotę opłaciło się, bo uwielbiam wiedzieć jak wszystko powstaje od kuchni, uczestniczyć w tym i bardzo mile jest się zobaczyć w telewizji (wprawdzie wśród miliarda innych osób), ale zawsze to coś.
 Oto kilka zdjęć z planu:














A oto efekty:
(ta muzyczka będzie za mną chodzić do końca życia)

                      

Szukać mnie, stoję bardziej po prawej, mam różowy sweter i włosy spięte w kok :)

                                                                                              Love from, Jallessa