czwartek, 31 maja 2012

Koniec obijania!
Obiecałam, że blog się rozkręci po maturach, trochę z tym zwlekałam, przepraszam bardzo. Ale w końcu, gdy po niezliczonych trudach zdaje się ostatni egzamin, człowiek wymyśla milion różnych rzeczy, aby się odstresować. W czwartek polski ustny, w piątek kierunek działka mojej przyjaciółki, na którą wraz ze znajomymi jeździmy od 3 lat. Oj tak, tego mi było trzeba. Boskie nic nie robienie.
 Ale wróćmy do rzeczywistości, do bloga. W ostatni weekend byłam z chłopakiem na ślubie i weselu u rodziny z jego strony. Impreza odbyła się w Pałacu w Sieniawie.
Miejsce imponujące. Wielki park, ogrody, pałacyki, dworki. Pięknie.
W środku jeszcze ładniej. Niesamowity historyczny charakter oddają obrazy (chociaż za dużo tam Napoleona), pamiątki, malutkie rzeźby do kupienia (jedynie 1000-3000 zł ;)).
Zatrzymaliśmy się tam na dwa dni. Pokoje... hmm, obeszłabym się bez potężnych, mahoniowych łóżek i czterech poduszek, ale pomimo wszystko, pomieszczenie ekstra. Stare szafy, antyczne komody, lustra. Ah....
Pałac w Sieniawie potrafi przenieść do czasów, gdy należał on do Czartoryskich i gdy spędzali w nim czas Napoleon I, Tadeusz Kościuszko lub Car Aleksander I Romanow i poczuć klimat tamtych lat.
 Jeśli ktoś z moich czytelników zechciałby urządzić piękne wesele-polecam Pałac w Sieniawie. Sala przystrojona bajecznie. Obsługa bardzo miła i uczynna. Spełniała wszystkie prośby. Ja, jako wegetarianka nigdy nie zostałam ominięta lub obsłużona na sam koniec, jak to niestety z reguły bywa. Moje jedzenie było bardzo dobre. Wybitnym kawoszem nie jestem, ale ciepłe napoje nie były zlewkami z całego tygodnia. Niestety orkiestra trochę smęciła (ale to już nie wina hotelu, tylko organizatorów) i mojego chłopaka udało mi się na parkiet zaciągnąć tylko raz. Podsumowując, wieczór udany.
Ale.. zawsze jest jakieś ale. Nie chciałabym tutaj kogoś osądzać, ale następnego dnia po weselu, gdy wracaliśmy do domu strasznie rozbolał mnie boleć brzuch. Dosłownie kilka kilometrów przed swoim domem zobaczyłam swoje śniadanie oraz obiad (wiecie co mam na myśli). Niestety, zatrucie. Dziewczynę brata mojego chłopaka również spotkała ciężka noc. Coś musiało być w jedzeniu. Na początku nasze podejrzenie padło na restaurację w Sandomierzu, w której się zatrzymaliśmy po drodze, jednak wczoraj okazało się, że niektórzy goście też się pochorowali. Dziwna sprawa.
  Wybaczcie, że nie zrobiłam zdjęć sali i pałacu, ale znajdują się one na jego stronie internetowej i świetnie przedstawiają rzeczywisty wygląd miejsca.





                                                                                                           Love from, Jallessa


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Postaram się odpowiedzieć na każdy komentarz :)